.:
|

|
:. |
Turbo/Casus Delli, Kraków "Miasto Krakoff", 24.10.2001
Na ten koncert wybierałem się z pewną dozą nieufności. Niejednokrotnie
bywało, że na koncertach metalowych dochodziło do zamieszek. Jednak ten
koncert rozwiał wszelkie moje obawy. O godz. 19:00 ludzie weszli do sali. Przy
jednym ze stolików muzycy Turbo rozdawali autografy, był też czas do
wspólnych zdjęć i krótkich rozmów z zespołem (choć bez wokalisty). A o
19:15 na scenę wkroczył zespół Casus Delli. Wiedząc, że jest to support
band jakoś bliżej nie zainteresowałem się nimi. Ich muzyka oscylowała
gdzieś pomiędzy thrashem a progmetalem. Po 45 minutach wokalista
zapowiedział Turbo.
Koncert rozpoczął
się około godz. 20:15. Powitanie publiczności przez Grzegorza
Kupczyka było bardzo dobre. Jak najbardziej na miejscu był tekst: Czemu was
tak mało! W zeszłym roku było
Was więcej. Prawdopodobnie spowodowane
było to dość kiepską promocją koncertu - plakaty na mieście pojawiły się kilka
dni przed koncertem i w zasadzie to chyba tylko w jednym sklepie można było
kupić bilety, na
stronach metalopolis.pl podano też nieprawidłowe informacje. Po tych słowach występ rozpoczął się już na dobre. Na pierwszy ogień
poszła
pierwsza część Kawalerii Szatana. Wykonanie bardzo przypominało
to z płyty "Alive". Jednak tekst został delikatnie ocenzurowany (brak
linijki Szatańska
kawaleria, czarna śmierć... Zespół wiele dał z siebie, by wykonanie to było wspaniałe.
Skoro zagrali
pierwszą część, to i po niej przyszła kolej na część drugą. Zespół
bardzo łatwo nawiązał kontakt z publicznością.
Po Kawalerii szatana nastał czas na niespodzianki. Pierwszą z nich był bardzo stary utwór Szalony Ikar.
Mimo iż pierwotnie nie był to utwór metalowy, to w ostrzejszej
formie nabrał on więcej życia. Uważam nawet, że wypadł dużo lepiej od
oryginału (może przez lepszy sprzęt i lepszych muzyków). Po czasach
przypomnień nadeszła pora na nowszy materiał: Upiór w
operze i Armię - dwa utwory z ostatniej płyty. Rewelacyjnie zabrzmiały
partie basu w Upiór w operze. A potem
znów powrót do "Kawalerii
szatana" utworem Wybacz wszystkim
wrogom. Przy obecnej sytuacji politycznej (terroryzm, wojna w Afganistanie)
utwór ten jak najbardziej zyskał na aktualności i był jak najbardziej na
miejscu.
Rewelacyjnie też wypadły Ostatni grzeszników płacz i Kometa
Halleya.
Po nich znów coś ostrzejszego - The Last Warrior. Przy
okazji tego utworu należą się brawa dla perkusisty - Tomka Krzyżaniaka.
Nie dość że idealnie odtworzył
brzmienie wersji studyjnej, to jeszcze zagrał bardzo spontanicznie. Muszę też
przyznać, że odejście od
thrashowania w tym utworze ukazało lepsze jego oblicze.
Główną cześć
koncertu zakończył Żołnierz fortuny. Zagrany w takim samym
tempie, jak
na "Alive" i z rewelacyjnymi solówkami Wojtka Hoffmanna w części środkowej. Niestety zawiodło tu nagłośnienie - zbytnio wyeksponowano
sekcję rytmiczną, przez co gitar nie można było
słyszeć. Potem zespół zszedł ze sceny.
Publiczność domagała się jednak bisów. Nie
trzeba było długo czekać, gdyż po chwili grupa wróciła na scenę, by wykonać
"jeden z coverów z ostatniej płyty". A tym
coverem był Neon Knights z
repertuaru Black Sabbath. Utwór ten
przeszedł w Ach nie bądź taki śmiały, którego ostre wykonanie było dużo
ciekawsze niż
oryginał. W środkowej części zespół pozwolił sobie na małą
wstawkę, czyli cytat z
Another One Bites The Dust grupy Queen. Po tym utworze zespół
zszedł ze sceny. Publiczność jednak nie dawała za wygraną. Nawoływaniem i
odśpiewaniem "Sto lat" wyciągnięto grupę zza kulis po raz drugi. Tym
razem po
ostrzejszych utworach przyszła pora na coś spokojniejszego -
Jaki był ten
dzień z płyty "Smak ciszy" zagrane w czteroosobowym
składzie (bez drugiego gitarzysty). I nie był to koniec koncertu. Po
tym utworze zespół zszedł ze
sceny i powrócił na bis wykonując Dorosłe
dzieci. Można było usłyszeć (i zobaczyć), jak Grzegorz Kupczyk gra na
gitarze akustycznej. I na tym utworze
definitywnie zakończył się koncert. Podsumowując: wykonanie - bardzo dobre, bez żadnych wpadek (poza drobnymi
uwagami do akustyków - oni zawsze nawalają), dobór utworów - bardzo
trafny.
Brakowało mi jedynie kilku kompozycji (zwłaszcza tych z "Dead
End"), ale gdyby zespół miał zagrać wszystkie swoje charakterystyczne utwory, to koncert trwałby
zapewne do północy.
Marillion/White Buffallo, Kraków Hala Wisły, 25.10.2001
Koncert opóźnił się o około godzinę. Dopiero o godz. 20:00 na scenie pojawił się zespół White
Buffallo. Support band poprzedzający Marillion okazał się być
koszmarnie nudny. Zdecydowanie wolałbym Quidam zamiast nich.
Po przerwie o godz. 21:15 ponownie zgasły światła i na scenie pojawili
się muzycy Marillion.
Koncert rozpoczęli utworem This Strange
Engine. Steve H. przygrywał sobie na takim dziwnym pulpicie
przypominającym nieco discopolowskie przenośne keyboardy. W niektórych momentach zespół wspomógł się półplaybackiem.
W szczególności miało to miejsce w dwóch kolejnych kompozycjach, czyli
Quartz i When I Meet God. Dlatego też pierwsze trzy utwory nie
wypadły najszczególniej. Znacznie lepiej było później, gdy
zagrali zakończenie płyty "Holidays In Eden", czyli This
Town, The Rakes Progress i 100 Nights. Wykonanie pierwszego z
nich było bliskie wersjom koncertowym z 1990 r., znanym jedynie z
bootlegów. Po ostatnich dźwiękach 100 Nights nastał czas na jedną z
wspanialszych suit z albumu "Brave", czyli fragmenty Goodbye To All That.
Ten utwór otworzył jeden z wspanialszych fragmentów koncertu. Kolejne
dwa utwory, to już prawdziwe perły, a mianowicie Afraid Of Sunlight
i Out Of This World. Ale co dobre szybko się kończy. Jeżeli
This Is The 21st Century wypadło całkiem poprawnie, o tyle Map Of
This World już zespół mógłby sobie darować. Potem nadszedł czas na
niespodziankę. Jeszcze 10 lat temu grupa utrzymywała, że nie będzie
grała żadnych coverów na koncertach. A tymczasem od kilku lat zdarza
im się grać różne dziwne starocie. Tak też było tym razem. Po tym
krótkim starociu czas na wspaniałe wykonanie King. Ostatnie dźwięki
tego utworu zakończyły główną część koncertu.
Potem były jeszcze dwa bisy.
Pierwszy, to The Great Escape (w całości), a drugi to Easter i
Between You And Me. Podobnie, jak na koncercie Fisha brakowało mi staroci Marillionowych,
tak i na koncercie Marillion brakowało mi utworów z okresu współpracy
z Fishem. Liczyłem też, że znajdą się w repertuarze inne późniejsze
utwory, ale płyty "Radiation" i "Marillion.com" zostały zupełnie
pominięte. Brakowało mi też pereł w rodzaju The Party czy Dry
Land. Gdyby usunąć niektóre kicze z ostatniej płyty, to z pewnością
znalazłoby się miejsce na kompozycje, których brakowało...
Paweł Świrek
< Poprzednia Następna >
|