.:




:. 

  Porcupine Tree, Kraków Amfiteatr UPC, 8.04.2001

Koncert już tradycyjnie rozpoczął się z kilkunastominutowym opóźnieniem. Zespół rozpoczął swój występ od Even Less. Wykonanie bardzo dobre, choć może przydałoby się tu trochę improwizacji. Gorzej było z akustyką. Tak duża ilość basów powodowała, że wszystko dudniło. Even Less w swych ostatnich taktach przeszedł w Slave Called Shiver. Takie zestawienie nieco zaszokowało mnie, bo spodziewałem się pitolenia na pianinie rozpoczynającego Piano Lessons, a tu jednak zespół zmienił plan. Po tych dwóch utworach kolejny utwór z Lightbulb Sun - Shesmovesdown. Ten smutny jakże utwór wspaniale wypadł w dawnym Związkowcu. Niestety z powodu fatalnej klimatyzacji słuchało się tego utworu w totalnym zaduchu. Potem już totalna psychoza - Up The Downstairs. Po nim aż trzy kawałki z ostatniej płyty, czyli Lightbulb Sun, Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled w którym partie akustyczne zagrano na gitarze elektrycznej stylizowanej na akustyczną. Ten blok zakończył bardzo długi Russia On Ice. Spodziewałem się, że w dłuższych utworach zespół zdobędzie się na jakieś improwizacje, a tymczasem nic.
Miałem jakieś dziwne wrażenia, że zespół próbuje po prostu odgrywać swe płyty na żywo, bez żadnych dodatków i zmian. Wśród kolejnych utworów znalazł się Hatesong - utwór będący niejako antidotum na takie pseudosławy jak Celine Dion, których to w radiu słyszy się w nadmiarze. Główną część koncertu zespół zakończył utworem Tinto Brass. Zespół długo wywoływany przez publiczność na bis wyszedł najpierw w nieco okrojonym składzie (tylko Wilson i Barbierri) dziękując wszystkim, którzy się przyczynili do tego, iż ta trasa koncertowa doszła do skutku. Znalazły się też podziękowania dla Piotra Kosińskiego (Wilson wymówił go 'Kozinsky'). Formą podziękowania był utwór... Fade Away. Faktem jest, że został zagrany pseudoakustycznie na instrumentach elektrycznych, ale przez to nic nie stracił. Drugim utworem zagranym na bis była pierwsza część Voyage 34. Przy okazji tego utworu można tylko żałować, że zespół nie oczyścił z trzasków sampli wykorzystanych w tym utworze. Przy takim nagłośnieniu te trzaski mogłyby czasem drażnić uszy. A wykonanie... w sumie niewiele różniące się od oryginału. Po ostatnich samplach zespół zszedł ze sceny. Już wydawało się, że na dobre, gdyż rozbłysła część świateł, jednak publiczność nie dała za wygraną i zespół po kilku minutach powrócił na scenę, aby wykonać Radioactive Toy. Repertuar koncertu w kilku momentach mnie zawiódł. Zabrakło takich utworów, jak Moonloop, Signify, Waiting czy też Piano Lessons. A przecież gdyby grali dłużej, niż tylko półtorej godziny, to zmieściłyby się te utwory. Za to prawdziwą niespodzianką był Fade Away. Można też żałować, że zespół właściwie ograniczał się tylko do biernego odgrywania materiału z płyt, przez co koncert czasem stawał się nieco nużący. Zawiodła przede wszystkim klimatyzacja i momentami akustyka koncertu. Być może jak zespół jeszcze raz zawita do Krakowa, to wszystko będzie już w najlepszym porządku.

  Fish, Kraków Amfiteatr UPC, 28.05.2001

Koncert Fisha rozpoczął się z prawie półgodzinnym opóźnieniem. Oczekując na koncert można było sobie kupić nowiutki album Fisha "Fellini Days" i nie tylko. Około w pół do ósmej można było zauważyć krzątające się po scenie drobniutkie postacie muzyków. Między nimi zjawił się i sam Fish - prawie dwumetrowy dryblas, niemalże łysy i z siwiutką krótko podstrzyżoną bródką. Występ rozpoczęły dwa premierowe utwory : 3D i So Fellini. Po nich nieco starszy Brother 52. Przesłuchując nowy album Fisha zauważam, iż wykonania koncertowe były znacznie ostrzejsze od wersji studyjnych. Niemniej jednak nowe utwory przyjęły się bardzo dobrze. świadczyła o tym pozytywna reakcja publiczności. Popowy Brother 52 zabrzmiał bardzo rockowo. Dalszą część koncertu wypełniły głównie utwory z "Fellini Days". Poza nimi znalazły się Tumbledown i The Perception Of Johny Punter. Ciekawe były też zapowiedzi Fisha przed Long Cold Day, Our Smile i The Pilgrim's Address. Główną część koncertu zakończyła wiązanka Lucky, Credo i nieco inaczej zagrane Vigil.
Tuż przed tą wiązanką Fish przedstawił towarzyszących mu muzyków. Poodchodzili wszyscy ci, którzy przez wiele lat towarzyszyli artyście. Ale za to nie byle kto znalazł się na scenie. Na gitarze sam John Weesley, a na perkusji... John Martyr. Ten sam, który grał przez krótki okres z Marillion w 1983 roku. Niewątpliwą zaletą tegoż perkusisty jest to, że potrafi szybko się uczyć, ale co do jego stylu miałem pewne obawy mając na myśli koncert Marillion z Reading z 1983 roku oraz stronę B maksisingla Punch and Judy. Ten koncert Fisha całkowicie rozwiał me obawy. John w przeciwieństwie do swych poprzedników potrafił naprawdę porządnie i precyzyjnie zagrać swoje partie w Credo, gdzie jego poprzednicy zapominali o talerzykach. Znakomicie też wypadła koda w Vigil. Ta koda oznaczała, że Fish i jego ekipa musieli zejść ze sceny na odpoczynek. Niestety publiczność nie dawała za wygraną i nie pozwoliła odpocząć. Toteż Fish i jego ekipa wyszli na bis, by wykonać utwór Clock Moves Sideways - utwór zamykający najnowszą płytę Fisha. Kiedy tym razem Fish wraz z ekipą zszedł ze sceny, to jeden z techników namawiał publiczność, by swym aplauzem przywołali Fisha i jego towarzystwo na scenę. I udało się. Skutkiem tego było wykonanie The Company na definitywne zakończenie koncertu. Prawdziwi fani starego Marillion mogą czuć się nieco zawiedzeni, gdyż Fish nie zaprezentował ani jednego utworu z repertuaru swego dawnego zespołu. Tak, jakby chciał oznajmić, iż Marillion to już przeszłość. A z drugiej strony to może i dobrze, gdyż oszczędziło to fanom Fisha wysłuchiwania nieudolnych wersji starych utworów z repertuaru Marillion.

Paweł Świrek

Następna >

  

 .:

:. 


    Kliknij!    Kliknij!    Kliknij!    Kliknij!

Fonorama, ul. Józefitów 3/12, 30-039 Kraków, tel. (012) 423-41-16.  
© Copyright by Fonopress, Kraków 2001-2004.